Późna pora - najlepsza na wylanie z siebie całego żalu do świata, spostrzeżeń i w ogóle napisaniu, że wszystko ostatnio staje się porażką. Najgorsze jest to, że nie potrafię nic dokładnie określić. Cholera jasna! Co mi jest!? Nie wiem. Smutno. A fakt, że już trzeci dzień trwa u mnie miesiączka, wcale nie pomaga. Wręcz przeciwnie - wszystko drażni mnie trzykrotnie bardziej.
Tęsknię za Patrykiem, którego ostatnio widziałam w sobotę i któremu się do mnie nie spieszy. Ale wmawiam sobie, że to dlatego, iż pod koniec miesiąca brak funduszy na paliwo. Prawda? Cóż, trzeba żyć nadzieją, że wszystko się ułoży gdy tylko go zobaczę. Choć w sumie dzisiaj już troszkę lepiej było, zainteresował się nawet trochę bardziej tym, co robiłam wczoraj wieczorem (o czym za chwilę), a pod wieczór z wiadomości wyszło, że nadal ma w planach oświadczyć mi się podczas mojej osiemnastki (damn it! to dopiero za półtora roku!). Tak, tak, takie mamy plany, a wesele będzie najwspanialsze na jakim kiedykolwiek zaproszeni goście byli.
Poza tym kończą się ferie. Szczerze to się cieszę. Nie zaliczam ich do udanych, wręcz przeciwnie. Codziennie o jedenastej przychodzą do mnie dwa, małe, blond potwory, które kiedy się nudzą stają się kłótliwe i nieznośne. I choć Julię i Igę kocham ponad wszystko, to z tą pierwszą na pożegnanie kłócę się jak z kimś dorosłym z radością ją żegnając. Przedwczoraj nawet wydziedziczyła mnie z rodziny stwierdzając, iż już nie jestem wredną i okropną ciotką, tylko kimś obcym! A tak poza tym to te dzisiejsze dzieci są strasznie ograniczone. Z przerażeniem patrzę na to, że czterolatka i sześciolatka najlepiej bawią się grając na komputerze, telefonie, tudzież tablecie (do którego sama się dziś zepsuła ładowarka - tak mnie urządzenia elektryczne kochają!). No proszę, takie rzeczy to ja robiłam pod koniec podstawówki dopiero, a nie będąc w przedszkolu...
Mając psychiatryk w domu i jeszcze usychając z tęsknoty, Agatka oświadczyła rodzicom wczoraj po dwudziestej, że idzie do koleżanki oglądać film. Prawda jest taka, że z dwoma kumplami poszła do pubu, gdzie wydała trzydzieści złotych na jedenaście kieliszków wódki. Brawa dla małej blondyny, która robiła najwięcej hałasu wśród samych chłopców! Poznałam dwóch młodych panów, którzy po wyjściu próbowali mi pomóc zapiąć kurtkę, ale żadnemu to nie wyszło. Nagle zjawiło się auto i zawiozło mnie... (tutaj chwila grozy, trzech facetów i upita dziewczyna, która nie wie nawet kto kieruje...) Ha! I tu was mam! Srebrne auto (jeśli dobrze pamiętam...) zawiozło mnie prosto pod dom. Drzwi otworzył mi braciszek, z którym jeszcze spaliłam papierosa w kuchni, razem z lokatorem-szwagrem... Huh, przygoda skończyła się nad ubikacją do której z wielką przyjemnością zwróciłam kolację.
Apropo kolacji, to obiecałam Domisiowi, że po dwudziestej nic nie zjem. Ale głód mnie taki straszny dopadł, że jedną kanapkę z pasztetem zjeść musiałam! Ale drugi dzień bez słodyczy - mały sukces jest! Eh, jak to mój kochany przyjaciel mówi - dla piękna trzeba cierpieć. Ale niedługo oboje będziemy piękni i spełnieni. Jutro trening, a w sobotę bieganie z tym dałnem. Gorzej, że noga znów daje się we znaki... Dam radę, muszę.
Moje cappucino z mlekiem już dawno zostało wypite, czas więc chyba się położyć. Trochę smutno, że moje kochanie zazwyczaj nie pisze mi dobranoc, no nie? No ale cóż, tak już bywa. Za to w prezencie dostałam od niego złotą zawieszkę, którą będę dumnie nosić w sobotę na osiemnastce Bekona. Szkoda, że bez osoby towarzyszącej prosił... Ale nadrobimy za tydzień. No tak, miałam już kończyć. Miłych snów miśki. ;*